Samorząd może być narzędziem. Ale żadne narzędzie nie naprawi środowiska, które samo nie chce wymagać od siebie więcej.

Z zainteresowaniem obserwuję pojawiającą się w internecie narrację, według której powołanie samorządu miałoby niemal automatycznie uzdrowić naszą grupę zawodową, przywrócić jej należny prestiż i rozwiązać znaczną część problemów, z którymi mierzymy się od lat.

Brzmi to efektownie.

Szkoda tylko, że rzeczywistość zawodowa jest zwykle mniej podatna na hasła niż internetowe komentarze.

Moim zdaniem to zbyt proste, żeby było prawdziwe.

Samorząd może być narzędziem. Być może potrzebnym. Ale żadne narzędzie samo niczego nie naprawi, jeśli środowisko samo nie chce wymagać od siebie więcej. Bo prawda jest taka, że problem naszego zawodu nie zaczyna się wyłącznie od braku samorządu. Problem zaczyna się dużo niżej — w codziennej praktyce, w standardach, które sami akceptujemy, i w granicach, które sami sobie wyznaczamy.

Mówiąc wprost:

żadna struktura nie naprawi środowiska, które samo nie chce się naprawić.

Jest stare i mądre powiedzenie:

chcesz zmian — zacznij od siebie.

I właśnie od tego, moim zdaniem, trzeba zacząć.

Nie od wielkich haseł.

Nie od kolejnych apeli.

Nie od opowieści, że ktoś przyjdzie i zrobi porządek.

Tylko od własnej pracy, własnych decyzji i własnych standardów.

Dla mnie dbałość o zawód zaczyna się od kilku prostych zasad.

Po pierwsze — szanuję siebie jako człowieka i jako rzeczoznawcę majątkowego.

Jeżeli sam nie szanuję swojej pracy, swojej wiedzy, swojego czasu i odpowiedzialności, to dlaczego miałby to robić klient, urząd, sąd albo rynek? Prestiż nie bierze się z nadania. Nie powstaje od uchwały, nazwy ani pieczątki. Prestiż jest konsekwencją jakości.

Po drugie — wykonuję ten zawód najlepiej, jak potrafię.

Zgodnie z prawem. Uczciwie. Rzetelnie. Bez intelektualnych skrótów.

Jeżeli czegoś nie wiem — uczę się.

Jeżeli czegoś nie potrafię — nie udaję, że potrafię.

Jeżeli temat mnie przerasta — nie biorę go tylko dlatego, że „może jakoś się uda”.

Bo zawód zaufania publicznego nie polega na sprawianiu wrażenia kompetencji. Polega na realnej kompetencji i odpowiedzialności za własne działania.

Po trzecie — nie zmyślam.

Nie wpisuję wag cech z sufitu.

Nie udaję analizy rynku, której faktycznie nie zrobiłem.

Nie poświadczam nieprawdy w operacie.

I tu, moim zdaniem, dotykamy rzeczy absolutnie podstawowej. Operat szacunkowy to nie jest luźna opinia, szkolne wypracowanie ani marketingowa broszura. To formalny dokument, który ma realne skutki prawne, finansowe i życiowe dla innych ludzi. Jeżeli ktoś świadomie wpisuje do niego rzeczy nieprawdziwe, to nie „upraszcza sobie pracy”, tylko zwyczajnie niszczy zawód od środka.

Nie ma prestiżu tam, gdzie jest przyzwolenie na fikcję.

Nie ma szacunku do środowiska, które samo toleruje bylejakość.

Po czwarte — nie dumpinguję cen swoich usług.

To także jest forma szacunku do siebie i do zawodu.

Jeżeli odpowiedzialna, czasochłonna i wymagająca wiedzy usługa wyceniana jest na poziomie, który nie pozwala wykonać jej rzetelnie, to trudno potem oczekiwać, że rynek będzie traktował ten zawód poważnie.

Rzetelna wycena kosztuje. Kosztuje czas, wiedzę, doświadczenie, odpowiedzialność i ryzyko. I nie, dobrze wykonana wycena nie może kosztować 500 zł, bo to się zwyczajnie nie spina biznesowo. Chyba że ktoś dokłada do interesu z innych źródeł. Tylko wtedy nie opowiadajmy, że to jest zdrowy model dla zawodu.

Cena nie jest jedynym wyznacznikiem jakości, ale permanentne zaniżanie wartości własnej pracy niemal zawsze kończy się tym samym: spadkiem standardu, presją na uproszczenia i dalszą utratą szacunku do zawodu.

Klient też widzi rynek. I jeśli przez lata będzie dostawał operaty słabe, tanie i robione na skróty, to później nie będzie szanował ani ceny, ani zawodu, ani rzeczoznawcy.

Po piąte — rozwijam się naprawdę, a nie rytualnie.

Nie dla punktów.

Nie dla papierka.

Nie po to, żeby „odhaczyć szkolenie”.

Tylko po to, żeby być coraz lepszym specjalistą.

Bo rozwój zawodowy powinien być realny, a nie pozorowany. Nie chodzi o obecność na byle jakim szkoleniu dla świętego spokoju. Chodzi o faktyczne podnoszenie kompetencji, poszerzanie warsztatu i uczciwe mierzenie się z tym, jak szybko zmienia się rynek, prawo i oczekiwania wobec naszej pracy.

Za dużo w tej dyskusji słyszę o prawach, reprezentacji, randze zawodu i wpływach.

Za mało o odpowiedzialności, jakości i sumieniu zawodowym.

Za dużo mówi się o tym, co ma zrobić za nas jakaś przyszła struktura.

Za mało o tym, co każdy z nas robi dzisiaj we własnej praktyce.

Bo prestiżu zawodu nie buduje się ustawą, logotypem ani kolejnym oficjalnym ciałem.

Prestiż buduje się codziennie — jakością pracy, uczciwością, kompetencją i odwagą powiedzenia „nie”, kiedy czegoś nie powinno się robić.

Samorząd może pomóc.

Nie wykluczam tego.

Ale bez wewnętrznej zmiany środowiska będzie tylko nową strukturą dla starych problemów.

A to nie jest żadna reforma.

To co najwyżej bardziej elegancka oprawa tego samego zjawiska.

Dlatego zamiast pytać wyłącznie:

czy potrzebujemy samorządu?

może warto najpierw zapytać:

czy sami wykonujemy ten zawód tak, żeby inni mieli powód go szanować?

Bo najłatwiej jest żądać zmian od innych.

Znacznie trudniej spojrzeć we własny operat, własne stawki i własne sumienie.

A od tego właśnie zaczyna się każda prawdziwa zmiana.